Twoja Japonia 2016

Relacja z wyjazdu

22 lipca 2016 roku rozpoczęła się pierwsza wycieczka pod hasłem „Twoja Japonia”. W daleką podróż wyruszyła wesoła grupa uczestniczek i dwie opiekunki, Ania, doświadczona pilot wycieczek, której żadna egzotyka nie straszna i Airis, japonistka i wychowawczyni z obozów Otaku Camp. Najpierw spotkanie na lotnisku i pożegnania z rodzicami, a potem odprawa bagażowa, przejście przez security check i – witaj przygodo! Lot na drugą stronę świata Dreamlinerem okazał się zaskakująco krótki. Co to jest, dziesięć godzin? Ledwie zdążyłyśmy poekscytowąć się podróżą, chwilę zdrzemnąć i zjeść śniadanie w przestworzach, a już przywitał nas widok wynurzającej się spośród chmur góry Fuji.

Po wylądowaniu na lotnisku Tokio Narita odebrałyśmy nasze JR Passy, czyli karnety kolejowe, które trzeba było pokazywać na każdym dworcu, i szybkobieżnym pociągiem pojechałyśmy do naszego hostelu w samym centrum Tokio, przy okazji zaprzyjaźniając się ze spełniającym życzenia Darumą. Po zakwaterowaniu, nie zwlekając, wybrałyśmy się na spacer po Akihabarze, gdzie wśród wysokich, wąskich budynków, kolorowych neonów i zatłoczonych skrzyżowań kryją się niezliczone sklepy m&a. Tego dnia spróbowałyśmy pysznego makaronu zaru-soba, doskonałego na letnie upały (zajmując dosłownie CAŁĄ restaurację i po raz pierwszy mając okazję skorzystać z automatów do zamawiania posiłków) oraz spędziłyśmy godzinę w malutkiej kociej kawiarni, próbując poznać bliżej jej puchatych i mruczących pracowników. Odwiedziłyśmy też świątynię Kanda Myojin, gdzie poznałyśmy przemiłego kapłana i dowiedziałyśmy się, dlaczego wszędzie widać postacie z serii Love Live! Tej nocy, zmęczone bądź co bądź daleką podróżą, spałyśmy jak zabite…

Trzeci dzień zaczął się od wycieczki poza miasto. Góra Takao, strzeżona przez długonose demony tengu, pozwoliła nam przenieść się w świat dawnych japońskich wierzeń i baśni. Większość drogi wjechałyśmy kolejką, ale była i chwila spaceru. Po drodze Airis opowiadała między innymi o tym, jak według legendy powstała Japonia, co znaczą słomiane sznury na drzewach i dlaczego niektóre posągi noszą czerwone wełniane czapeczki. Przespacerowałyśmy się krętymi leśnymi ścieżkami i w drodze na dół przeszłyśmy przez most wiszący. Spróbowałyśmy też lokalnego przysmaku, czyli pieczonych nad żarem kuleczek dango w gęstym sosie, a jedna z dziewczyn spotkała swojego japońskiego Romeo… trzy razy! >,> Po powrocie czekało nas krążące na różnokolorowych talerzykach sushi (każdy kolor w innej cenie) w znanej restauracji w eleganckiej dzielnicy Harajuku, a potem zakupy w pobliskich sklepach, w tym Daiso. Tutaj za 100 jenów naprawdę można kupić niemal wszystko.

Czwartego dnia wybrałyśmy się na wycieczkę do Kioto superszybkim shinkansenem. Wczesną pobudkę zrekompensowały pyszne zestawy lunchowe bento, które zabrałyśmy ze sobą do pociągu. Każdy mógł samodzielnie wybrać to, które wyglądało dla niego najsmaczniej, a nie był to łatwy wybór. W Kioto zostawiliśmy bagaże na dworcu, same zaś niezwłocznie wybrałyśmy się obejrzeć Złoty Pawilon, jeden z najbardziej znanych widoków Japonii! Wiedzieliście, że ściany rzeczywiście pokryte są płatkami prawdziwego złota? Równie prawdziwymi złotymi płatkami (choć znacznie, znaaaacznie cieńszymi 😉 ) obsypane były lody z zielonej herbaty, którymi raczyłyśmy się po zwiedzaniu. Wieczorem odwiedziłyśmy jeszcze świątynię Ryoan-ji, gdzie starając się nie obudzić uśpionego smoka odpoczęłyśmy na chwilę od zgiełku miasta na wypełnionej śpiewem cykad werandzie. Miałyśmy szczęście, bo nie było wtedy żadnych innych zwiedzających – miałyśmy skarb Japonii tylko dla nas! A kilka uczestniczek wycieczki zdaje się, że osiągnęło przy okazji oświecenie, bo udało im się policzyć wszystkie głazy w kamiennym ogrodzie zen. Na sam koniec, najedzone przygotowywanymi na naszych oczach okonomiyaki, udałyśmy się do hostelu, który mieści się w samej dzielnicy Gion, w ponad stuletnim, tradycyjnym domu z werandą, ogrodem, matami tatami i przesuwanymi drzwiami z drewna i papieru.

Piątego dnia wzięłyśmy udział w spotkaniu herbacianym. Marta i Grzesiek, adepci Drogi Herbaty mieszkający w Japonii, wprowadzili nas w świat tej dawnej sztuki. Uczestniczki miały okazję po raz pierwszy spróbować koicha, herbaty gęstej prawie jak budyń, oraz porównać ją z lżejszą usucha. Dla przełamania goryczy zostałyśmy poczęstowane ciastkami przypominającymi rybkę w szklanej kuli i innymi, w kształcie wachlarzy uchiwa. W taki sposób nasi gospodarze starali się wyczarować wrażenie chłodu w ten duszny, letni dzień. Zwiedziłyśmy też niewielkie muzeum tkanin (żywe jedwabniki!) i widziałyśmy pokaz kimon w Nishijin Textile Center. Na obiad było japońskie curry w poleconej przez naszych Mistrzów Herbaty restauracji, która zachwyciła nas olbrzymimi porcjami, a wieczorem wybrałyśmy się wszystkie na karaoke! Kto by oparł się możliwości śpiewania do woli w komfortowych warunkach, z nieograniczoną ilością pysznych napojów. To, czego się nikt nie spodziewał, to menu tylko po japońsku i w dodatku bez żadnych zdjęć. Airis nie nadążała z tłumaczeniem dla wszystkich spragnionych osób na raz, więc koniec końców najczęściej zamawiałyśmy napoje-niespodzianki. Wszystkie były pyszne, choć niektóre – jak coca cola z gałką lodów waniliowych – trochę jednak zaskakujące. Dziewczyny tak się rozkręciły, że niektóre nie mogły przestać śpiewać nawet wracając spacerem do hostelu…

Szóstego dnia wybrałyśmy się na wycieczkę do Nary, najstarszej stolicy Japonii. Trzeba przyznać, że japoński upał potrafi dać się we znaki. Dobrze, że na miejscu udało nam się kupić lody. Parę osób skusiło się nawet na takie o smaku tofu! Nie tylko my zasłużyłyśmy na coś do zjedzenia – oswojone jelenie, które natychmiast po wyjściu z autobusu opadły nas całymi stadami, też dostały swoją porcję specjalnych jelenich wafelków. W Nara zwiedziłyśmy słynną świątynię Todai-ji. Olbrzymi posąg buddy z brązu zrobił na nas równie olbrzymie wrażenie, które jeszcze potęgowały opowieści Ani o początkach buddyzmu i zadłużonej niemal na śmierć Japonii. Miałyśmy też możliwość zapoznać się bliżej z rozmiarem nozdrza posągu… ale to już ciekawostka tylko dla wtajemniczonych. Widziałyśmy jeszcze chram Kasuga Taisha ze szpalerem tysiąca kamiennych latarni, gdzie wyjaśniło się skąd właściwie wzięły się te wszystkie jelenie. Po powrocie z wycieczki, głodne jak wilki, zatrzymałyśmy się w restauracji niedaleko dworca w Kioto, w której można było spróbować rozmaitych rodzajów tempury. A kto akurat nie miał ochoty – przeniósł się do knajpki zaraz po drugiej stronie alejki, gdzie serwowano pyszne makarony udon. Wieczorem wybrałyśmy się jeszcze na zakupy na pełną pamiątek ulicę Teramachi, gdzie obskoczyłyśmy wszystkie pobliskie sklepy z nowymi i używanymi kimonami. Część uczestniczek zdecydowało się na zakup własnych yukat.

Siódmy dzień rozpoczęłyśmy wizytą w Kyoto International Manga Museum, najstarszym muzeum dotyczącym mangi na świecie! W środku miałyśmy okazję nie tylko obejrzeć ciekawe zbiory i poprzeglądać mangi z różnych krajów świata (dlaczego nie mieli żadnej z Polski? ;-;), ale też uczestniczyć w pokazie kamishibai, czyli dawnego japońskiego teatru ulicznego, jednego z prekursorów mangi. Trzy dziewczyny zdecydowały się też na pozowanie do portretów w mangowym stylu, a Ania nawet zamówiła wspólny portret z narzeczonym w ramach prezentu ślubnego! Kolejną atrakcją był bazar Nishiki Market, pełen małych sklepików ze wszystkimi japońskimi przysmakami jakie można sobie wyobrazić, od zielonej herbaty z najsłynniejszej plantacji w Uji i bajecznie kolorowych pudrowych cukierków, przez kalmary i ośmiorniczki na patyku i żelki o smaku glonów, aż po pyszne gorące kulki takoyaki w gęstym, aromatycznym sosie. Wieczorem wybrałyśmy się do chramu Inari Taisha, słynącego z lisów-strażników oraz z ponad dziesięciu tysięcy czerwonych bram torii. Sześć z nas w podróż wybrała się w zakupionych dzień wcześniej yukatach i – co gorsza! – sandałach geta na drewnianej podeszwie. Dzielne dziewczyny miały na początku problem z szybkim chodzeniem, ale nie narzekały, a wyglądały naprawdę zjawiskowo. Po powrocie czekał nas jeszcze spacer po oświetlonej latarniami dzielnicy Gion i odkrywanie jej zaskakujących zakątków – w tym malutkiej świątynki tuż przy hostelu, gdzie kilka najwytrwalnych uczestniczek miało okazję napisać list do kami.

Ósmego dnia wróciłyśmy do Tokio, żegnając serdecznie (i obsypując przywiezionymi z Polski pamiątkami omiyage) naszego gospodarza, Moriego. Kolejna podróż shinkansenem rozpoczęła się mocno… ekscytująco. Możliwość przejechania choćby jednego przystanku najszybszym pociągiem w Japonii nie może być w końcu powodem do narzekań nawet dla najgorszego malkontenta ^^ Po dotarciu na miejsce pospieszyłyśmy w stronę dzielnicy Shibuya, przez jedno z najsłynniejszych (i najbardziej zatłoczonych) skrzyżowań świata, by spróbować zrobić sobie kilka zdjęć w Purikura Mecca. Stamtąd pojechałyśmy autokarem pod Muzeum Studia Ghibli. Nic dziwnego, że bilety trzeba rezerwować z takim wyprzedzeniem – muzeum robi olbrzymie wrażenie. Każdy detal pozwala przenieść się w świat animacji Miyazakiego, a przeglądanie oryginalnych „koncept-artów” czy  obrazkowych scenariuszy do takich klasyków jak „Ruchomy Zamek Hauru” czy „Mononoke Hime” to niesamowite przeżycie. Po prostu trzeba tam pojechać! Na sam koniec czekała nas jeszcze niespodzianka – przypadkowo zostałyśmy zaproszone na prawdziwe lokalne matsuri, z tańcem obon, stoiskami z jedzeniem, dzieciakami biegającymi w kolorowych yukatach i pamiątkowymi wachlarzami dla wszystkich! Jeszcze tylko pożegnalny ramen (chociaż niektórzy woleli spróbować hamburgerów z krewetkami w pobliskim McDonaldsie 😉 ), wizyta w Sega Game Center, żeby pożegnać się z Akihabarą i … to już niestety koniec.

Ostatniego dnia pozostało tylko obudzić się jeszcze przed świtem i obejrzeć słońce wschodzące nad polami ryżowymi z okien jadącego w stronę lotniska pociągu. Dotarłyśmy do Polski znacznie wcześniej, niż wysłane przez nas z Tokio pocztówki. I mogę się założyć, że w głowie większości wysiadających na Warszawskim lotnisku dziewczyn nie było wątpliwości „czy wrócę jeszcze kiedyś do Japonii” tylko znacznie prostsze pytanie – „kiedy?”.

Galeria zdjęć